wtorek, 3 października 2017

Czy warto liczyć kalorie ? Dlaczego porzucamy aplikacje typu Lifesum i fatsecret ?

Liczników kalorii jest w internecie pełno. Nie trudno zainstalować aplikację na smartfona - Fatsecret lub Lifesum i inne zliczające nam co i ile jemy.
Pytanie tylko czy ktoś z tego regularnie korzysta?
Znam kilka osób, które zafascynowane zaczęły wpisywać swoje posiłki w Fatsecret i Lifesum ale nie skończyły bo ...nie miały czasu i im się nie chciało.
Liczenie kalorii jest żmudne i jeżeli nie jesteśmy zawodowcami (zawodnicy fitness) to w sumie po co?
Przecież jest inne życie i inne sprawy, po co zajmować się ciągle jedzeniem i jego liczeniem, to jakiś obłęd z tym odchudzaniem.
Dlaczego to nie może być proste?
Uważam, że może i jest, ale jest trudne, bo chodzi o zmianę nawyków a to boli.
Wracając do liczenia to wystarczy trzymać się zasady, że  3 ciasteczka tylko wyglądają niewinnie a tak naprawdę mają tyle kalorii. ile porządnie sycąca zupa lub drugie danie.
Warto pamiętać o tym sięgając po ciasteczka w sklepie. Mając je na półce w domu już niewiele zdziałamy..raczej sięgniemy po nie. Nawyki trzeba budować od podstaw czyli planowania posiłków i unikania sytuacji do starych nawyków. W tym zawiera się także odpowiedź na pytanie:
 dlaczego porzucamy dodawanie produktów i liczenie kalorii w aplikacji Lifesum i Fatsecret.
Jest trudno wprowadzić nowy nawyk wpisywania i kontrolowania jak się wcześniej nie  prowadziło choćby budżetu domowego czy podliczania skrupulatnie czegokolwiek.
Moim zdaniem łatwiej jest mieć listę swoich zdrowych produktów i je kupować, nie trzeba tego ciągle zliczać bo porcje i składniki są mniej więcej te same. 
A jak Wy uważacie? Czy ktoś wytrzymał długo  używając aplikacji do liczenia kalorii?

wtorek, 26 września 2017

Ssanie oleju na oczyszczenie organizmu z toksyn, wirusów, bakterii i grzybów

Na blogu Agnieszki Maciąg po raz kolejny przeczytałam o ssaniu oleju, postanowiłam spróbować. 

Wcześniej czytałam o tej metodzie min. u Michała Tombaka. Mikstura Słoneckiego także zawiera olej... Miałam obiekcje przed tą metodą do póki nie usłyszałam co raz więcej osób ją stosuje i ma pozytywne efekty. Ale jakich osób... , blogerów których obserwuję w temacie zdrowe odżywianie.

Argument o tym, że olej aktywuje enzymy trawienne odpowiedzialne za pochłanianie toksyn we krwi dociera do mnie. Nie stosuję metod, które nie są niczym uzasadnione.


Sposób polega na ssaniu około  1-2 łyżek oleju słonecznikowego lub kokosowego. 

Robimy to mniej więcej tak jakby przepuszczać ten olej między zębami. Trzeba to robić około 15-20 minut, dlatego najlepiej zacząć zaraz po przebudzeniu. Przed wypiciem wody z cytryną lub mikstur oczyszczających. 

Podczas tego ssania zanieczyszczenia z jamy ustnej , gardła takie jak wirusy, bakterie i grzyby są wyciągane i usuwane.

Po zabiegu zaleca się umyć zęby. Na youtube u Magdy Pegowskiej dowiedziałam się także że ta metoda ładnie wybiela zęby.

 Jest jeszcze wiele chorób na które ssanie oleju ponoć działa. Ja wypróbowałam na zapalenie zatok i już po kilku dniach poczułam ulgę. W tym czasie robiłam to co zwykle - inhalacje i płukanie zatok. 

W zeszłym roku te zabiegi nie pomogły, więc w tym zdecydowałam się na dodanie kolejnej metody. Mam pozytywne doświadczenie czyli po 2 dniach ssania uczucie zatkanej dziurki w nosie minęło. Po kolejnych 2 dniach ilość śluzu/wydzieliny zmalała do tego stopnia, że słyszę swój naturalny głos. Wszyscy co mieli zapaleni zatok wiedzą jakie to uczucie kiedy nie słyszymy swojego naturalnego głosu. Myślę, że oczyszczanie zatok solą także pomogło ale coś jest w tym oczyszczaniu olejem. 


wtorek, 8 marca 2016

Zapalenie gardła z gorączką i bólem stawów ale nie angina - usilne starania bez antybiotyku, Ale skończyło się inaczej

Zawsze staram się unikać leków, ale czasami już nie mam sił i czasu ani możliwości leżenie 3 tydzień w domu i leczenia się naturalnie.
Zastanawiam się czy są w środowisku blogowym osoby, które dobrze się odżywiają, uprawiają sport, hartują się i nawet jeśli zachorują to zdrowieją szybko i naturalnie. Jeżeli tak macie to proszę napiszcie do mnie.

Oto krótki :) opis mojej kapitulacji - czyli jak po 10 dniach walki z "przeziębieniem" postanowiłam wziąć antybiotyk. Zaczęło się jak zwykle od zapalenia gardła. Z początku miałam tylko suche gardło i chrypkę więc piłam syropy. Trzeciego dnia nie mogłam już połykać śliny, ból nasilił się w nocy. Budziłam się co 3 godziny i piłam rumianek albo len. W dzień się poprawiało jak dużo piłam i ssałam tabletki na gardło, w nocy zaś budziłam się z bólem. Rano zaczęłam odkrztuszać sporo ropnej wydzieliny, w dzień zaczął się kaszel. Zaczęłam pić syropy wykrztuśne, ciepłe herbaty z miodem i syrop z czosnku i cytryny jak zwykle. Już się ucieszyłam, bo po tygodniu przeszedł ból gardła i mogłam zasnąć w nocy, ale budziłam się z mokrym kaszlem i sporą ilością flegmy.
Poszłam więc do lekarza, który nie stwierdził anginy ale zapisał mi antybiotyk. Postanowiłam go nie brać bo lepiej się czułam, miałam "tylko" ropny kaszel". Kaszlałam od trzech dni, aż czwartego dnia dostałam temperatury i nie mogłam wstać z łóżka. Oprócz osłabienia i kaszlu miałam także bóle w stawach kolanowych i łokciowych - wystraszyłam się. Policzyłam, że to już 10 dzień choroby i mam dość, jutro miałam iść do pracy a tu nie mogę podnieść się z łóżka.
Zastanawiałam się gdzie popełniłam błąd i na co jestem tak naprawdę chora - na anginę bez zapalenia migdałków czy na inne zapalenie, a może mam zapalenie oskrzeli bo już sporo kaszlałam, a wejście schodach po wizycie od lekarza było dla mnie dużym wysiłkiem.
Przed wzięciem pierwszej dawki azycyny długo zastanawiałam się czy te duże ilości ropy zielono- żółtej to na pewno infekcja bakteryjna. Czytałam, że flegma może być także objawem infekcji wirusowej jak i bakteryjnej.Sądząc po długości mojej choroby podejrzałam, że na pewno paciorkowce się już solidnie namnożyły i nie mam więcej czasu na "naturalne leczenie". Nie miałam już ani czasu ani ochoty być wyłączona z życia kolejny tydzień.
Po pierwszej dawce antybiotyku, którą wzięłam o 17, zaczęłam mieć większą gorączkę wieczorem i strasznie rzucałam się w nocy. Obudziłam się strasznie spocona,  z koszuli nocnej można było wykręcać wodę. Osłabienie sięgnęło zenitu, leżałam plackiem cały dzień, kilka razy wstając do toalety. Przez moment w toalecie popatrzyłam na siebie i nie mogłam poznać - małe oczy, blada, biała cera, suche usta, mętny wzrok i ogólne otępienie. Dawno temu nie czułam się tak chora.
Drugiego dnia było nieco lepiej, wstałam kilka razy z łóżka i zjadłam banany, dużo piłam, gorączka utrzymywała się 37-38. Trzeciego dnia brania azycyny odczułam znaczącą poprawę ale dopiero wieczorem, gdyż rano nadal miałam bóle w stawach. Po pierwszej dawce znacząco zmniejszała się ilości i rodzaj flegmy - odkrztusiłam już tylko 3-4 rano rano i kilka razy w ciągu dnia, dnia wcześniejszego musiałam zużyć paczkę chusteczek na sporo ilość ropy.
Trzeciego dnia wróciłam do świata żywych i mogłam wreszcie popatrzeć na siebie w lustrze i się poznać.
Czy żałuję, że wzięłam antybiotyk? Aktualnie nie, bo zaczynam czuć się dobrze i utwierdzam się w wierze, że doszło już do infekcji bakteryjnej z którą mój organizm nie radził sobie a ja nie chciałam się więcej niż 10 dni męczyć z przeziębieniem.
Przyczyn mojej choroby są dwie - brak witaminy D oraz przemęczenie. Umysłowa praca powyżej 10-12 h dziennie potrafi skutecznie zmęczyć. O wiele lepiej się czułam jak pracowałam po 8 h i uprawiałam przynajmniej godzinkę sportu. O witaminie D zapomniałam w grudniu jak skończył mi się tran i nowego nie kupiłam.
Na pewno wiele z was, uzna moje czekanie na poprawę za nierozsądne, ale ja znam swój organizm i wiele razy wychodziłam z takiego przeziębienia i nic mi nie było. Były sezony zimowe, że uprawiałam sport z lekkim bólem gardła i szybko przechodziło na świeżym powietrzu, faktem jest jednak że miałam spory zasób witaminy D w organizmie jak sądzę. Kolejny raz nauczyłam się czegoś o sobie i wyciągnę konsekwencje.
Ciekawa jestem czy jest wśród blogerów, ktoś leczący się naturalnie?

poniedziałek, 9 lutego 2015

Dlaczego nie chudne ? Blokery tracenia tłuszczu

Obejrzałam film Tracy i znów przypomniało mi się to co czytam regularnie od kilku lat czyli :
Dlaczego nie chudnę mimo "pilnowania się", sportu itp.

Pierwszy najistotniejszy powód to: STRES.
W stresie organizm blokuje utratę tłuszczu, mamy wysoki poziom glukozy. W dawnych czasach w czasie stresu, który doznaliśmy chodziło właśnie o nie tracenie tłuszczu, ale teraz kiedy modne jest skinny taka reakcja organizmu denerwuje nas i zniechęca do odchudzania. To błędne koło chcemy się odchudzić , ale jesteśmy w stresie, nie chudniemy więc przysparzamy sobie dodatkowego stresu i tak w kółko. Jak wyjść z tego błędnego koła?
Można zacząć od wyeliminowania żywności, która powoduje stres. Tutaj ciekawie opisuje to Jillian McKeith w swojej książce "Jesteś tym co jesz":
Kofeina - czyli kawa, napoje itp,
Alkohol - pobudza wydzielanie adrenaliny, oprócz tego zmniejsza zdolność wątroby do usuwania z organizmu szkodliwych substancji.
Słodycze - wyczerpuje nadnercza, prowadzi do nadmiernej drażliwości.
Sól - zwiększa ciśnienie krwi - uwaga na przetworzoną żywność.
Tłusta żywność - mięso, mleko, smażone potrawy, przekąski nasączone tłuszczem, tłuszcze trans, które blokują zdrowe tłuszcze.
Czerwone mięso - zwiększa poziom dopaminy i norepinefryny w mózgu, oba te związki łączy się z wyższym poziomem lęku i stresu.
Żywność rafinowana - wysoko przetworzona z białej mąki - białe pieczywo, do jego strawienia organizm musi wykorzystać witaminy i minerały, tym samym uszczuplając ich zapas.
Konserwanty - organizm musi ciężko pracować, żeby je usunąć.

Ogólnie można powiedzieć, że jeżeli nasz organizm jest w stanie stresu czyli podwyższonej gotowości to ma wysoki poziom kortyzolu a jak wiadomo  za wysoki poziom kortyzolu jest wrogiem spalania tłuszczu.

Druga sprawa to brak świadomości ile tak naprawdę jemy. Tutaj pomoże dzienniczek i zapisywanie tego co jemy. Dobrym rozwiązaniem jest planowanie tego co będziemy jedli i odznaczanie w kalendarzu posiłków. Jest to taka forma dyscypliny, ale przynosi efekty.
Ci co się bronią przed zapisywaniem dokładnie ile i co jedzą mają swoje powody - nie chcą się przed sobą przyznać ile tak naprawdę podjadają (paluszki, cukierki, słodkie kawy, kilka żelek, "jedzenie przed lodówką" gryzy itp.

Wnioski dla mnie: a ja się dziwiłam koleżance, która schudła dzięki Jodze, teraz już wiem, że to możliwe. Nie ma się co napinać, bo to najbardziej szkodzi naszej figurze - stres i jedzenie byle czego bez planu.